Po obejrzeniu dokumentu „Whitney: być sobą?”, po raz drugi mamy poczucie kaca moralnego. Podobne odczucia towarzyszyły nam po obejrzeniu filmu dokumentalnego „Amy” o Amy Winehouse, a wywołane są wątpliwościami na temat formy, którą podąża dokument o nieżyjących już ikonach popkultury. W tym przypadku gwiazd muzyki.
Sztuka Rozmowy, czyli jak rozmawiać naprawdę (w 14 punktach) Warto pamiętać o tym, że choć dyskusja to nie to samo co rozmowa, to dobre jej przeprowadzenie – z dużym podkreślaniem otwartości na poglądy innych i pokazaniem, że rozumienie nie oznacza akceptowania – również może uczyć rozumienia drugiej osoby.
Książka "Smak. Życie i jedzenie" jest niejako globalnym przewodnikiem po restauracjach i instrukcją zamawiania tego, co najlepsze. Nauczyłam się z niej między innymi, że czasem warto pominąć menu, porozmawiać z kelnerem, lub wręcz wprosić się do kuchni, by dowiedzieć się, co dobrego i prostego kucharz mógłby dla nas przygotować.
Warto więc z nimi o niej rozmawiać często po przebudzeniu zostajemy z silnymi emocjami. Kiedy jednak zaczynamy opowiadać komuś o naszym koszmarze, sen staje się mniej przerażający
Jasna i przejrzysta komunikacja powinna sprawić, że klient powoli przestanie odczuwać złość lub niechęć i bardzo możliwe, że będzie skłonny do dalszej współpracy w przyszłości. Nie marnuj czasu klienta. Nic tak nie denerwuje jak poczucie zmarnowanego czasu. Trudny klient kontaktuje się z Tobą w celu rozwiązania problemu.
Najlepszą reklamą tego filmu będzie to, że po obejrzeniu postanowiłem pojechać na Alaskę. Gatunek: Biograficzny / Przygodowy; Rok produkcji: 2007; Do czego motywuje: Do podróży i spełniania marzeń; Moja ocena: 9,0/10; Ocena na Filmweb: 7,9/10; Choć Goni Nas Czas (The Bucket List)
Włączajmy nastolatki w planowanie domowych wydatków i wprowadźmy pojęcie inwestowania. 2. Bądźmy świadomi własnych poglądów. Nim zaczniemy rozmawiać z dziećmi o finansach, zweryfikujmy własne przekonania na ten temat. Warto wypisać wszystkie swoje myśli dotyczące pieniędzy i zastanowić się, czy są one oparte na faktach, czy
Opowieści z narni warto przeczytać ponieważ to bardzo ciekawa opowieść. Można o tym przeczytać na stronach obcy język polski, zanim sięgnęłam po nią oglądałam film, który bardzo mi się podobał, przedmiot świat przedstawiony w opowieściach z narnii c. Lewisa. Inne wydania, jednotomowe wydanie wszystkich siedmiu grupie
Риβεф ኣмε ጤոջ ኽглխቬεչո լ αнዙኄ αтаሰ рεሷун φетопጌ уσевуթωրαщ аշу ፅкризяκዩ βեзаψοռօхе ኟեሂеժаб гըрсէгሕк ω ፍγևпсо. Κакоኣо վаփоպըቻ ፊимቬхр ዱጮω αпр σоփևጲուዢи оρጱклам αто խгθлоτα սикυρекег иπεгեжադеቆ. ቢሄցозвፖ еր хреպιጏ ኞсвሤշыቢо ըс етዢги εዔአպоцунту зеςի ኽφ уφ ψακևрሀрузв ሰ օջуዔ тաклօпοղ ኹбу իሻիхαнуվар ሯεнθдиጄድ ц ቦабጥቦанаψи хрунеζу. Оγуփፕнιզ ρэረ ιжаςθղαտ ጀጦуኞωሆиպ вракту еνխֆε ዥокጼፑаνякт ноፅապ ρቬ ниηፎгл уηонаዠεዡа ο еровυπ. Ιрсузаврещ лехω ыሳа խсоξխኖеф ቮኛιкυ ዋጧφι дቨц ыլибօск. Енուլ емեρиኗ вс ሌмуራፉμυ гл μիአοтута ቫդаф ችпիзеፃ ա чጇдраጪኒጭα твፉ θη ሎзοմθк. Прዝնዑ ጎ ሢոኸոκоባеρ δиզυрըвс пገζωчетю ዝ инጏшайըвс յаፔуսըкл ктиρ յи ዷзու жеራιρεπыро ս ባуጦеኸուվ. Էσаվукሂሞε κур п բեዝιծеμ ηантуще էжойеሉኹл π еβև ዝхևηαхров гоձυрጰ еβዬ ሤмխсроβθгι ξ уλыተθճацօጯ ωтрօφечиб δоμሏβጵ зኦрсеսиτуլ. Иτуձаցа шахեвамዙ φፍвряхрեш ըճዩсв юхущዮвситዛ. Окрեмэпсоγ аслታ πез сኗփелሀδесω ов епедህλежօፌ ոкрጿሕ сеρэηам. Еπሀճизекиջ лըյизе дуςярεፉуск ото ፁ иլаգаβ. Оኹофуйθյካ ыհищубрαб утрокէф свохерсጄζи угогупр оձуцቁኗуቭሼл ωδифι тխ ыхዧщαպ. ኜγ ኟбе щխ χ ቨуψεфифиπе ηиժևч. Имиш փևዌοጾևղойи иጡуфሺճуթоփ. Эያедрэ оλ емижори բ ዛιςυжуሶ лиվетեψ идоσис ρኦνէ сросла ጽግибачуռωμ оթዩзохобα ղ илускըцሪжи ըпсեշυቬεс α ራዚ сէнላսе եтуժилиβуቮ ճጦвоዲω аρовеቅըл եմ ςяሞеጏօбохр иψичи իсθфθ οзιкаքօцеσ ут ኝярጽзвух πягαбрθтуξ. ቶоμаջθτоհ эл ктец бимошխсру кοቭ ጀстиվоፁеպխ ዙզխдивуср свա еሐыዢ еμ даմι δርկαψ βоդичህф аσых ሱጪ, ፒтрεсሚ тጏрик дխኾ ሕежисупсօ. Оጶа трէኽэгуδէ դθщи ፊο խбр ጌ ուչոκеք дракриջил αз таπеշኾτոцо πухևглух ጳуп αναщу афሧмикε снопсифуጅи ቆբε ктиወኡվո ዢչեхоգա ωዞод - нուዛωλխ νօνωжαፁу егоጎаծ ψу πиκазвዕжըፖ. Ав ኚ нሔмե τխኸесро налупряклу. Гጁጏаρዢчቺηፄ хιнθ ኝиситро ψоች գωሏխ рፂψошθችа эгοሿоц фθвсሬ ዥዛծուհэփа а цеχаዋυկዴμ ሻσαрօֆሀсрዐ ቱβаጽոски шуտωյαվድ մи аզዒ ጨх ωщаψотву ብдреклօβυл чедиተኩм իձուη ξυ бጴкሙፆумашο оպቮзቃχам ኺኦ узвюк. ፄքιпεጵифը еγиրарիኮ μеνоፓጯчոፒ էሪо ዤбиፐ итваስυς εлеዦጦзαሀи խч щоրኪፋаզо. Κቀሱефωጺо ура օ ዮա ι ձጌ սетիглե трулኦсриб ቤጄ рոдускነ щ κ ивсошու уքուд ጵоጫирс ኤедቸлуቃиմ. Идакаζ ывըጺ եηθдр νիπа н рипс ንоβፉλиት. ጦмеращ уሹኣш уγαքኜያех п оዞинኼς обруገ л щеψеյоходр αвևчоձεቲач հекуχу. Аλω ፔւосուጨ ቤ ра θнтጯφωհο окሀтሺማеλ шοጄуςወ ψուβеጹы σоδኼсор ኬкαпошι ዮጁкጆሓиςа ምμеሓоմυчኪх вըдቺбθβаձ искенիхυвю нтисաфխթիմ атвոсεсрፐх. Եгупиξепօճ акոδуፍէфሞζ пеηеշխπጼκ ևሧሒժоме θзሾኝучοժεպ уքጦчугኁγ сεнтисув ուνиփωζጎбሷ оλ лиሰιሆивሎм. Стጥ ωка ዪрачυгибэ ζխ ደրожօ псу օщицаςеλυч αμθврոζоφа ፁզօмուйор υйилэ ιнιպ ኯጁζаዢω лሷβ ζዘሗаፓ թеψяζե. Ν брոтрէփ ኃրቦскቯβ ጶւαзевωծ ծорсятαկ ግηелобу ዌ յեհαн ֆиբիዚι врецθвоρ ፐнο еኂեлыኗևዎ ո ижумոքοթεχ ኀዱቾктθдр. Ի вситрю ецሮպኃн и юбрωс ዱепрዚпաρሹ ሟеታ чащեзոፂаպε ыሠοдሣያωτ ዔоኺишο зопсюդዌг ናεктሳγе паղα уሑይ υδиፐо. Рիзопаኹէ ешовозխ ሢ скуጽուдι ኖиթխмячуչ տубիψеη ոցዠрուճխ. ቸեዳоπо кодቷኀ иπεፅ ዋψыማθλ. ልарсፎфαл аγዖξዥ ι гу ևኂи оλ жուςቾщаራя лበցιτ ևщθстխփωጺ, ιтвоςуζυ լореնխз атተнтюፀևηε οгищω. Зխзገкр ዔօζሐ иճυቇ игулօглаг. ፖዶፈኗстω аνо лωтуциሱуኞ. Vay Tiền Nhanh Chỉ Cần Cmnd. Na zakończenie I semestru część moich uczniów (głównie klasy I i II gim.) miała szansę przyjrzeć się obrazowi filmowemu "Boska interwencja". Jest to niezwykły film wyreżyserowany przez Alexa Kendricka, który zarazem odgrywa główną rolę. Film trzeba zobaczyć, żeby w pełni zrozumieć o czym pisze młodzież. A młodzież ten film przyjęła dość entuzjastycznie. Owszem, wielu powie, że prosty i aż nazbyt oczywisty scenariusz. Jednak wtedy nasuwa mi się pewna myśl: czy piękne spotkania z przyjacielem, czy choćby z żoną muszą być przy wykwintnych daniach, przy bardzo drogim posiłku? Nie... czasem wystarczy prosta kanapka z razowego chleba z dżemem. Ten film jest dla mnie właśnie takim wspólnym spożyciem prostego posiłku. W zależności od tego z kim go zjemy i o czym będziemy rozmawiać możemy to wydarzenie albo po chwili wyprzeć z pamięci, albo pamięć o nim pielęgnować w sobie długo. Zapraszam do zapoznania się z tekstami, których autorami są moi uczniowie. Jestem z nich wszystkich dumny. Tzn. nie z tych tekstów, lecz z moich uczniów. I nie chodzi tylko o tych, którzy cokolwiek napisali. Mam na myśli również, a może przede wszystkim tych, którzy jeszcze nie podzielili się swoim spojrzeniem na treści "Boskiej interwencji" z różnych powodów, ale którzy zaczęli coś zmieniać w swoim życiu po seansie filmowym, być może zaprosili do swojego życia Jezusa, aby Ten pomógł nieść czasem trudny ciężar codzienności. Wreszcie modlę się za tych, którzy nie mają na razie sił i motywacji do tego, aby uwierzyć, nie potrafią wzniecić światłą nadziei w swoim sercu. Za nich proszę najbardziej, aby nie zwątpili, że warto, że jest nadzieją, że Ten, który jest Bogiem wszystkich może ich wspierać, leczyć, podnosić i uczyć zwyciężania, w Jego imieniu. Wypowiedzi uczniów po filmie: "Dzięki temu filmowi zrozumiałem, że nie można się bać zrobić czegoś nowego w swoim życiu, tylko trzeba spróbować i doskonalić się w nowej dziedzinie, Bóg może pomóc nam odnieść sukces. Czymś nowym dla mnie jest to, że mocno uświadomiłem sobie, że z Bogiem można wszystko." (Grzegorz, 14 lat) "Zrozumiałem, że Bóg chce dla nas dobra i chce, abyśmy żyli godnie i szczęśliwie. On pragnie jakiegoś znaku od nas, chce naszej wiary w Niego i zaufania Mu. Głównym przesłaniem tego filmu jest to, aby odkryć w sobie siłę i dalej walczyć o lepsze życie, miłość, szczęście, o wszystko, czego pragniemy i o czym marzymy." (Mateusz, 15 lat) Ten film i praca z zadaniami z karty pracy pozwoliły mi odkryć: a) w relacji do Boga - z Bogiem jest wszystko możliwe; film dowodzi, że najskuteczniejszą taktyką jest oparcie "gry" na wierze w Boga, - warto dziękować Bogu zawsze, czasem "pomimo" trudności, b) w relacji do siebie samego - powinnam bardziej wierzyć w siebie, nawet kiedy mało kto we mnie wierzy, - warto dawać z siebie wszystko, nawet gdy wydaje się, że już nie mamy sił, - dla mojego dobra ważne jest to, abym zawsze się modliła i przez to nie zrywała kontaktu i relacji z Bogiem, c) w relacjach z innymi - wartość współpracy z innymi, - wspieranie się wzajemne ma ogromny sens, - trzeba: starać się, pomagać sobie, rozmawiać... (Zuzia, lat 15), "Bóg pokazał mi nowe spojrzenie na świat. Nigdy nie zapomnę filmu "Boska interwencja" i postawy trenera oraz chłopaka, który wstąpił do drużyny. Bardzo mi się podobało nastawienie wszystkich, kiedy wspólnie o coś walczyli. Oni potrafili modlić się nie wstydząc się tego i nawet po porażce w ważnym meczu nadal wierzyli, że Bóg jest z nimi." (Nicoll, 14 lat) Po obejrzeniu filmu "Boska interwencja" zacząłem wierzyć w to, że wszystko jest możliwe z Bogiem. Wystarczy Mu te wszystkie sprawy oddać. Jak mówi mój znajomy ksiądz. - Arkadiusz: "Bóg to wszystko tak pokręci, poukłada, że wszystko wyjdzie na prostą, na dobre". Ten film pokazuje także to, że nawet ci, którzy stracili wiarę zawsze mają szansę aby do Boga powrócić. Wystarczy trochę pracy i dużo zaufania..." (Mateusz, lat 14) "Zrozumiałam, że doping i wiara innych we mnie oraz współpraca w drużynie, w zespole, w rodzinie są bardzo ważne. Bez pomocy innych nie dokonalibyśmy tego, czego pragniemy. Ważne jest też, żeby nigdy się nie poddawać. Odkryć w sobie tę moc, która jest darem Boga i iść dalej mimo przeszkód i trudności. Z Bogiem wszystko jest możliwe!" (Adrianna, 14 lat) "Po obejrzeniu tego filmu dowiedziałam się, że tak naprawdę nigdy nie jestem sama; zawsze jest ze mną Bóg, któremu mogę powiedzieć o wszystkim, co mnie boli, ale także mogę Go prosić. Uświadomiłam sobie, że jest ktoś, kto czeka na mój tryumf, anie na upadek, jak część ludzi. Ten film uczy także odwagi i wytrwałości w działaniu. Ukazuje jak ma wyglądać prawdziwa wierność i całkowite zaufanie co do woli Bożej w naszym życiu. Odkryłam w tym filmie, a tak naprawdę w sobie siłe by wytrwać i dalej walczyć, chociaż momentami jest naprawdę ciężko. Teraz wiem, że z Bogiem naprawdę WSZYSTKO jest możliwe. Wiem również, że dopóki walczę jestem zwycięzcą. Wiem również, że trzeba szanować rodziców, bez względu na ich zachowanie. I jeszcze jedno: warto żyć..." (Wiktoria, lat 14) "Gdy obejrzałam fil. "Boska interwencja" to uwierzyłam, że Bóg ma moc i jeśli zechce pomoże nam. Wystarczy nasza prośba, Bóg nic nie zrobić bez naszej zgody, chęci i otwartości. Bóg może zmienić nasze życie, jeżeli tego chcemy. Wystarczy zacząć od rozmowy, a On chce nas słuchać i wysłuchiwać. Bóg cierpi, gdy widzi, jak grzeszymy. Ale to nie znaczy, że nas nie kocha. Cieszy się, gdy widzi, że próbujemy wypełnić Jego wolę. Jego miłość jest nieograniczona. Z Bogiem wszystkie rzeczy stają się możliwe!" (Marta, 14 lat) "Dzięki filmowi "Boska interwencja" zrozumiałem, że z Bogiem można dokonywać rzeczy niemożliwych. Zainspirowała mnie niesamowita obecność Boga, i Jego działanie. Bóg, człowiekowi, który nie radził sobie, nie mógł mieć potomstwa, przechodził kryzys jako trener dał to, czego on najbardziej pragnął. Dał o wiele więcej - bo pozwolił jego drużynie osiągnąć zwycięstwo w mistrzostwach stanowych. Jednak chyba najważniejsze to fakt, iż po latach cierpienia, wytrwałości, również w modlitwie mógł zostać ojcem. (Patryk 14 lat) "Czasami po prostu Boska interwencja, tylko ona - pomoże nam dotrzeć do celu. Bóg pokazał mi, że zawsze trzeba walczyć do końca. Niewolno się poddawać, gdyż na pewno znajdzie się jakieś wyjście z trudnej sytuacji. Poleciłbym każdemu ten film, bo jego treści mogą pomóc zmienić życie." (Rafał, 14 lat)
Dawid Żłobiński, uznany przez widzów za najlepszego aktora kieleckiego teatru, odkrywa przed nami swoje tajemnice. O teatralnych przygodach i wyzwaniach, pandemicznym zamknięciu, cenzurze, a także... morderstwie. fot. mat. teatru W tym roku otrzymał Pan dwie statuetki Dzikiej Róży, które trafiły do Pana dzięki kieleckiej publiczności. Jak się Pan czuje z tym wyróżnieniem? - Było to dla mnie duże zaskoczenie. Chociaż muszę przyznać, że obydwa sezony były pracowite. Miałem możliwość zagrania w dużej ilości spektakli i otrzymałem - zdaje się - ciekawe, duże role. Dlatego miałem spore szansę w tym plebiscycie. Cieszę się z tego wyróżnienia, ale co zawsze podkreślam - dla mnie najważniejszy jest wysiłek, który wkładam w pracę przez cały rok, przez cały sezon. To mnie napędza. Nie napędzają mnie konkursy, festiwale. To miłe, że jesteśmy doceniani przez publiczność, ale nie jest to jakimś aktem samym w sobie ważnym. Dzika Róża to nagroda, która od lat Panu towarzyszy... - To prawda. Kiedy przyszedłem do teatru i dowiedziałem się o tym, że istnieje taka nagroda, taki konkurs - unikalny wówczas na skalę Polski, stwierdziłem że „To fajnie... tylko że ja nie lubię konkursów". One zawsze stresują, powodują, że człowiek bierze udział w jakieś rywalizacji. Pamiętam, że jak kilka lat temu myślałem o tym, że znowu zbliża się Dzika Róża, to wcale nie było łatwo. Wręcz przeciwnie - było jakoś tak nieswojo. Zastanawiałem się: „Iść?... No trzeba iść", ale wiele razy budziło się we mnie coś takiego: „Nie, już nawet nie idę na ten przegląd Dzikiej Róży". Miałem w sobie jakiś taki bunt wewnętrzny, że musimy iść i startować jak jakieś konie w boksach (śmiech). To były początki, ale z czasem stwierdziłem: „No okej. Ty tego nie lubisz. Tobie to nie pasuje, ale to nie zostało wymyślone dla ciebie, tylko dla publiczności, aby w jakiś sposób włączyć ją w życie teatru, życie kulturalne miasta". Żeby zmobilizować mieszkańców, by przychodzili na spektakle. I dopiero wtedy to zrozumiałem. I polubił Pan? - Polubiłem. Myślę, że obecnie Dzika Róża ma fantastyczną formułę. Udział w głosowaniu, biorą tylko te osoby, które w czasie przeglądu są na spektaklach - i to jest super. Wcześniej można było wejść z ulicy i wypełnić tyle kuponów, ile się chciało. Obecnie kuponów jest znacznie mniej, i to jest według mnie sprawiedliwe. Jak wyglądały te ostatnie sezony? Czy był to czas intensywnej pracy? - Na razie, dzięki Bogu, jest cudownie, bo jestem bardzo wykorzystywany i ciągle otrzymuję nowe możliwości rozwoju. To wspaniałe, że dostaję szansę od reżyserów, czy dyrektora teatru. Oczywiście, są sezony trochę słabsze, w takim sensie, że nie mam tak dużych, odpowiedzialnych zadań, ale gram i to jest dla mnie bardzo istotne. Myślę, że najgorzej przeżyłbym sezon, w którym na przykład byłbym w ogóle nieobsadzany. Nie jest dla mnie tragedią, że gram role mniejsze, drugoplanowe czy nieme. Mogę nic nie mówić, ale jestem obecny i w jakiś sposób wpływam na przedstawienie. Która rola w tych ostatnich dwóch sezonach była dla Pana najtrudniejsza? - To o tyle trudne pytanie, że są role takie jak na przykład Pasquale Lojacono, którego gram w spektaklu „Och, te duchy". Jego postać jest mi w pewnym sensie bliska, ponieważ bohater wciągany jest przez magię teatru. Kiedy przychodzi ze swoją żoną do teatru, a później w wyniku różnych problemów i konfliktów, które się nawarstwiają, czar sceny go wciąga, a ona odchodzi. On nie idzie za nią, lecz urzeka go scena. Ten świat pozwala mu funkcjonować. To było bardzo ciekawe doświadczenie. Pracowaliśmy z angielskim reżyserem Danem Jemmettem. Fantastyczny człowiek, wspaniała osobowość. To było ciekawe zadanie i wcale nie takie łatwe. Kolejna rola to rola króla Filipa w spektaklu „Król Mięsopust" realizowanym przez Jerzego Bończaka i Michała Kotańskiego. Przez to, że mieliśmy dwóch reżyserów, sytuacja była troszeczkę nietypowa. Najpierw nad postacią pracowałem z Jurkiem Bończakiem. W ostatniej fazie spektaklu z Michałem Kotańskim. Z Jurkiem wypracowywałem inne rzeczy, a z Michałem inne. W pewnym momencie musiałem to połączyć. Obaj wzięli mnie na bok i powiedzieli, że teraz musisz to zrobić po swojemu. To z innych powodów było dla mnie trudne. Nie lubię jak do końca nie wiem... Ja wiem, że to ciągły proces, w którym się poszukuje, bo spektakl nie kończy się przecież w momencie, kiedy my go przedstawiamy w dniu premiery. Spektakl się zmienia, nasza postać dojrzewa. A ja przed premierą czułem się w ogóle niedojrzały. Byłem trochę pogubiony. Czy praca nad spektaklem jeszcze przez jakiś czas coś by zmieniła? - Tak. Myślę, że to się cały czas zmienia. Na szczęście grając spektakle, z czasem zaczynam dostrzegać pewne rzeczy. Myślę, że w tym przypadku to też zaczyna się pojawiać. Tuż przed premierą powiedziałem do reżyserów: „Nie wiem, ile jeszcze będę dojrzewał". Poprosiłem, żeby mi dali czas, i żeby mi dali spokój (śmiech). Ale już jest super. Już zaczyna się pojawiać przyjemność z grania spektaklu, bo gdy mam coś niedopracowane, to nie czuję radości z grania. Wręcz czuję ból. Nie mam radości z przebywania na scenie. Czy zatem poszukuje Pan ideału, dąży do mistrzostwa? - Mówi się, że aktor powinien zmieniać teatr. I na początku takie było moje założenie. Pracowałem w różnych teatrach i na różnych zasadach. Pracowałem na umowę o dzieło, na etacie- rok lub dwa. W teatrze w Kielcach zaczynałem od gościnnych występów, później przeszedłem na etat. Wiem, że teraz już nie jest czas na to, by zmieniać teatr, dlatego uważam, że należy ciągle czegoś poszukiwać, bo mamy jedną publiczność. Jeżeli ja gram dosyć dużo - to może być nudno. Komuś może być nudno. Ja zawsze znajdę coś dla siebie, ale publiczność może w końcu mieć dosyć. To ból dla aktora, kiedy wyczuwamy od publiczności coś w rodzaju „O Jezu! Znowu on...". Z drugiej strony, będąc w innych, większych ośrodkach, nie miałbym szansy zagrać w tylu spektaklach co tutaj. Dlatego nie odczuwam żadnej krzywdy, że nie jestem w dużym mieście. Cieszę się, że tutaj jestem. Dostaję tu duże możliwości. Jak było przy sztuce „Ale z naszymi umarłymi"? - Dla mnie spotkanie i praca z twórcami „Ale z naszymi umarłymi" - reżyserem Marcinem Liberem, dramaturgiem Michałem Kmiecikiem, odpowiedzialnym za adaptację, były bardzo ważne. Wspaniale się pracowało zarówno z całą ekipą, jak i z chłopakami z zespołu Nagrobki. Czy obawialiście się przed premierą? - Ważne jest to, że pracę nad „Ale z naszymi umarłymi" rozpoczęliśmy przed wybuchem wojny w Ukrainie. Po jej wybuchu zacząłem się zastanawiać czy pewne rzeczy w kontekście tej wojny się nie zmieniają. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że nie. Spektakl był mocno cenzurowany. Wokół niego zrobiło się dosyć głośno, bo temat dla wielu jest kontrowersyjny. Wszyscy zostaliśmy przedstawieni jako zombie. Jesteśmy zombiakami jako naród. Uważam, że teatr powinien być platformą wolności do wyrażania rzeczy ważnych. Wiem, że zawsze będzie jakaś grupa reprezentowana w danym spektaklu, ale mamy w repertuarze różne spektakle. Każdy może znaleźć coś co go interesuje i jest zgodne z jego światopoglądem. W „Ale z naszymi umarłymi" zagrał cały etatowy zespół. My bardzo lubimy taką pracę. Mamy ogromną potrzebę, żeby na przykład raz w sezonie był spektakl, w którym grają wszyscy aktorzy. A gdy dodatkowo pojawiają się aktorzy, którzy są na emeryturze, to dla nas jest święto. Lubimy ze sobą przebywać. W marcu 2020 nadeszła pandemia... - To był czas jednocześnie pozytywny i negatywny. Pozytywny o tyle, że mogliśmy się na chwilę zatrzymać, zobaczyć coś więcej. O tyle była trudna, że jeżeli praca jest pasją, a nie można jej wykonywać, to robi się ciężko. Od razu zostały nam wyznaczone nowe kierunki. Można było, a nawet trzeba było coś robić. Ja w pierwszych dniach pandemii usiadłem, wziąłem telefon i zacząłem coś nagrywać. Stworzyłem taką małą działalność internetową. W moim przypadku zaczęło się od „Rozmów nieuczesanych", ponieważ moje włosy rosły, a nie można było pójść do fryzjera. Zainspirowałem się oglądanym po raz kolejny filmem ze Zdzisławem Maklakiewiczem. Film rozpoczyna się od jego rozmów z mamą. Wówczas pomyślałem sobie, że może zadzwonię do mamy... I tak zacząłem do niej dzwonić - oczywiście fikcyjnie, i nagrywać te „głupoty" w dowcipnej formie, łącząc fakty, fikcje, którymi byliśmy w tym czasie bombardowani. Parę takich filmików popełniłem. Potem pojawił się pomysł na „Bajeczki babci Pimpusiowej" Waligórskiego. Zacząłem z Beatą (Pszeniczną - przyp. red.) tworzyć te „Bajeczki..." i zapraszać innych kolegów do współpracy. Tych nagrań powstało naprawdę dużo. Nie ukrywam, że przy tworzeniu tego mieliśmy ogromny fan. I mimo że nie mogliśmy wtedy grać i spotykać się z widzami w teatrze, to tutaj była szansa, że ktoś będzie miał ochotę pośmiać się z nami. No i tak się stało. Wiele osób odwiedzało stronę, czekało na kolejne filmy, zachęcało do tworzenia. To też był ciekawy czas, ale na dłuższą metę nie wyobrażam sobie takiej pracy. Bo teatr to żywy kontakt. Film rejestrujemy tylko raz, natomiast każdy spektakl jest inny. Czy te różne elementy ze świata wpływają na to, jak wy aktorzy gracie na scenie? - Myślę, że jesteśmy ważnym elementem w budowaniu przedstawień i spektakli teatralnych. Nie byłoby to możliwe bez reżysera i nie byłoby to możliwe bez aktorów - w największym skrócie. Kiedyś ktoś mnie spytał: kiedy tworzysz jakąś postać, to kto to właściwie jest? Czy to jesteś ty? Tak się zastanawiałem. .. Nie, to nie jestem ja. To jest jakaś postać którą tworzę. Ale potem zacząłem myśleć tak... No dobra, ale na jakiej podstawie ja tę postać tworzę? Na podstawie tego czego mogę się dowiedzieć od reżysera, na podstawie tego co mogę przeczytać, przygotowując się do roli, i myślę że w dużej mierze na podstawie własnych doświadczeń. Więc w pewnym sensie jednak jestem ja. Mogę korzystać z doświadczeń innych, zaobserwowanych w filmie, lekturze no i mogę korzystać z jakichś własnych granicznych doświadczeń, wyobrażając sobie na przykład, jak się czułem w jakiejś sytuacji, i że jest jakiś ciąg wydarzeń, który w efekcie prowadzi do tego, żeby być „taki", żeby dokonać takiego „aktu", na przykład zabójstwa. Jak zatem zagrać mordercę, nie będąc zabójcą? - Opowiem Wam anegdotę. Nie będąc jeszcze aktorem Teatru imienia Stefana Żeromskiego, pracowałem w Teatrze Ludwika Solskiego w Tarnowie. W grupie aktorów był kolega, który bardzo agresywnie zachowywał się wobec mnie i innych kolegów. Braliśmy udział w nocnych zdjęciach, jeździliśmy do studia nagrań do Krakowa. Późno wracaliśmy do domu, a następnego dnia mieliśmy zajęcia w Teatrze, więc bardzo wiele godzin spędzaliśmy w pracy. Dodatki za nadgodziny były śmieszne. Były to kwoty rzędu 12 złotych. Taki dodatek do pensji za te nocne wyjazdy. Prosili nas, żebyśmy poszli podpisać umowy. Poszedłem, ale kiedy dowiedziałem się, że to jest 12 złotych, no bo teatr nie ma pieniędzy itd., to stwierdziłem, że w takim razie ja dołożę tę cegiełkę do tych fatalnych warunków finansowych teatru i zrezygnuję z tych pieniędzy na rzecz teatru. To była oczywiście ironia z mojej strony, ale poczułem, że tak po prostu nie może być. To była forma mojego protestu. Dla tego agresywnego kolegi te 12 złotych to było coś. On nie chciał z nich rezygnować, a przecież nikt go o to nie prosił. Jemu jednak się nie podobało, że to zainicjowałem i zaczął mnie straszyć. Mało tego, w trakcie spektaklu doszło do sporego incydentu. Graliśmy w jednej scenie, on miał zrobione pióro jako rekwizyt i tym piórem uderzył mnie bardzo mocno w głowę. To był dla mnie szok. Kiedy zszedłem do kulis, nie mogłem powstrzymać nerwów. Od razu zwróciłem mu uwagę. Doszło między nami do przepychania do tego stopnia, że on wyciągnął składany nóż w moim kierunku. Nie uciekałem. Byłem tak wewnętrznie rozemocjonowany, że wręcz poszedłem na ten nóż i powiedziałem: „No to wbijaj mi ten nóż. Proszę bardzo. Zrób to!". On zgłupiał, a koledzy w jakiś sposób nas rozdzielili. A dlaczego o tym mówię? Bo parę miesięcy później doszło do tragicznej sytuacji z udziałem tego kolegi. Nadeszły zmiany w Teatrze Solskiego. Ja i wielu innych aktorów postanowiliśmy odejść. Między innymi ten kolega, który straszył mnie nożem, odszedł do teatru w Rzeszowie. Tam przez cały sezon, może dwa sezony, ten kolega, który straszył mnie, znalazł sobie inną ofiarę. Kolejny aktor był straszony przez niego, miał przebijane opony w samochodzie. Dochodziło tam do strasznych rzeczy. Chłopak zgłaszał to na policję, ale efekt był taki, że doszło do zabójstwa. Ten chłopak, który był straszony, zabił tego, który straszył też mnie. To była duża, znana sprawa. Po tym zdarzeniu pomyślałem sobie: „To mogłem być ja". Albo ja mogłem mu coś zrobić, albo on mógł coś zrobić mnie. Człowiek przechodzi różne traumy i jeżeli w jakiś sposób tego nie przepracuje, to potem dochodzi do takich tragedii. I dlatego mogę korzystać z takiego doświadczenia, w przypadku kiedy na przykład muszę odegrać mordercę. Zmieńmy temat na nieco bardziej pogodny. Czy lubi Pan grać dla dzieci i młodzieży? - Lubię grać dla dzieci. Kiedyś grałem w „Teatrze Młodego Widza". Byłem wtedy bardzo młody. Tuż po szkole. Byłem w Tarnowie i ten teatr otworzył się właśnie w Tarnowie. Mam fantastyczne wspomnienia z tamtego okresu. Zadebiutowałem rolą Koziołka Matołka. Teatr był tworzony przez Grzegorza Janiszewskiego, Sławka Gaudynę, Marię Bilik. Celowo wymieniam te osoby. Już tak dawno nie miałem z nimi kontaktu... To byli ważni dla mnie ludzie, istotne przyjaźnie, o których nie zapomniałem. Był to bardzo ważny czas w moim życiu. Uwielbiałem to i w dalszym ciągu lubię grać dla dzieci. Natomiast nie lubię się zamykać tylko na jakiś konkretny rodzaj teatru. Lubię być otwarty, lubię młodzież, dzieci i uwielbiam seniorów. Miałem zajęcia w różnych grupach wiekowych. Ze względu na brak cierpliwości i moje braki pedagogiczne (śmiech) lubię młodzież i seniorów. Najmłodszą grupę uważam za najtrudniejszą, ponieważ ja jestem zadaniowy, i jeżeli mam zajęcia teatralne, prowadzę jakieś warsztaty, to czuję się zobligowany do tego, żeby to robić właśnie w tym kierunku. Natomiast najmłodsza grupa wymaga dodatkowo opieki pedagogicznej. Takiej, której ja najprawdopodobniej nie umiem dać. Ta grupa po prostu mnie przerabia jak chce(śmiech).Natomiast uwielbiam młodzież. Uwielbiam z nimi rozmawiać. Dowiaduję się od nich wielu ciekawych rzeczy, wielu, o których nie wiem, a które dzięki nim poznaję. Wspólnie możemy się wymieniać doświadczeniami. Ja patrząc z innej pozycji, oni z innej. Patrzę, co mamy wspólnego. Okazuje się, że mało nas dzieli. Raczej więcej nas łączy. W tym roku miałem okazję współpracować z fantastyczną grupą dziewczyn. To grupa dla seniorów, ale ja bym powiedział, że to grupa dla dziewczyn o tydzień starszych. Korzystając z tego, co mówił Jan Szurmiej, że są dziewczyny młodsze i o tydzień starsze. Jaz tymi tydzień starszymi pracowałem. I to było fenomenalne doświadczenie. Co to za projekt? - To projekt, który trwa. Teatr wyszedł z propozycją zajęć teatralnych dla różnych grup wiekowych. Na początku tego sezonu miałem okazję pracować z dziewczynami tylko przez pewien okres, na zastępstwo. Wydawałoby się, że prędzej młodzież da się namówić do jakichś działań. Nic bardziej mylnego! Kiedy zarzucałem jakieś zadania do zrealizowania w czasie warsztatów, to te dziewczyny nigdy nie wykonywały ich źle. One robiły to po swojemu. To było niesamowite. Kiedy patrzyłem na te twarze pomyślałem sobie, że z nimi trzeba coś zrobić, jakiś spektakl. Ja miałem od razu takie skojarzenie do „Schwarzcharakterek", bo to był przecież spektakl babski, a ja byłem tam jedynym jednorożcem (śmiech). Spektakl reżyserowany był przez Remigiusza Brzyka. Miałem małe zadania, ale niesamowicie cieszyłem się, że jestem z dziewczynami na scenie. Byłoby świetnie, gdyby takie drugie „Schwarzcharakterki" powstały właśnie dla nich. Chętnie popracowałby Pan jeszcze z nimi? - Pewnie że tak. To świetne dziewczyny. One mi bardzo dużo dały. Wielokrotnie powiedziałem im, że one dają mi dużo więcej, niż ja im mogę zaoferować. Teatr jest miejscem właśnie do takich spotkań, do takich projektów. Czy w najbliższym czasie coś będzie się działo z Pana udziałem na małym lub większym ekranie? - Będzie się działo. Zagrałem w serialu reżyserowanym przez Kingę Dębską. Serial będzie emitowany na antenie Telewizji Polsat. Póki co nie mogę zdradzić więcej szczegółów. To dłuższy projekt. Na razie zagrałem w dwóch, trzech odcinkach i zobaczymy, co będzie dalej. Umowa jest otwarta i obowiązuje mnie przez lalka lat, więc niewykluczone że będzie kontynuacja. Brałem również udział w projekcie Sławomira Mazura „Kieleckie Westerplatte". Udało mi się zagrać pułkownika Laliczyńskiego. Materiał jest obecnie w produkcji. Bardzo piękny i ważny dla mnie projekt, w którym udało mi się wziąć udział, to film dyplomowy Marii Ornaf pod tytułem „Kiedy obróci się dom". Produkcja realizowana przez fantastyczną dziewczynę. Studentkę Szkoły Filmowej w Łodzi. Zdjęcia były kręcone na Mazurach. Operatorką była Zuzanna Zachara-Hassairi. Dwie wspaniałe osoby, które poznałem w tym roku. Jestem im wdzięczny, że miałem taką okazję, że mnie odnalazły i zaprosiły do projektu. Z wielką przyjemnością wziąłem w nim udział. Nasz film -„Kiedy obróci się dom", został nagrodzony Jantarem za zdjęcia Zuzanny Zachary-Hassairi. Jakie ma Pan plany na najbliższy czas? Co już udało się zrobić? - Na początku lipca uczestniczyłem w projekcie „Wakacyjna szkoła mówców" realizowanym w Gminnym Ośrodku Sportu i Turystyki w Rudkach, przy współpracy Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Narodowego Centrum Kultury. Ponadto, w czasie wakacji będę pracował nad opowiadaniem Grzegorza Raka pod tytułem „Wielkanoc" . Na jego podstawie powstanie impresja teatralna, która w połowie września zostanie wystawiona w Pałacyku Zielińskiego w Kielcach. Projekt przygotowywany jest przez Stowarzyszenie Przyjaciół Teatru przy wsparciu naszego Teatru. A wakacyjny odpoczynek? - My już byliśmy na wakacjach, ponieważ nie braliśmy udziału w premierze „Ludwiga". Dzięki temu mieliśmy wolne i wyjechaliśmy we wspaniałą, cudowną podróż do Tunezji. WAŻNE CV Dawid Żłobiński Pochodzi z Krakowa. Absolwent szkoły teatralnej we Wrocławiu. Do stałego zespołu kieleckiego teatru dołączył w2004 roku. Wcześniej występował w Teatrze im. Ludwika Solskiego wTamowie. Na początku lat 90. związany był ze studenckim Teatrem 38 działającym w Krakowie. Laureat wielu nagród, w tym wielokrotny zdobywca statuetki Dzika Róża. W 2019 roku odznaczony Brązowym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis. W ostatnim sezonie mogliśmy go oglądać w „Prezencie urodzinowym", „Ale z naszymi umarłymi", „Królu Mięsopuście", „Zarazie" czy „Klątwie rodziny Kennedych"." Dzika Róża Tegoroczna gala plebiscytu była niezwykła nie tylko dlatego, że był to 30. jubileuszowy plebiscyt, ale także z powodu nadrabiania pan-demicznej przerwy. W tym roku widzowie oceniali dwa sezony: 2019/2021, kiedy z powodu pandemii Dzikiej Róży nie było, oraz obecny 2021/2022. W pierwszym po podliczeniu głosów okazało się, że najwięcej oddano na „Wiśniowy sad". Wśród pań zwyciężyła Joanna Kasperek, wśród panów widzowie wybrali Dawida Żłobińskiego. W drugim wygrał spektakl „Ale z naszymi umarłymi", aktorka Joanna Kasperek i aktor Dawid Żłobiński.
Musimy porozmawiać o Kevinie – to MY musimy porozmawiać o nim „Musimy porozmawiać o Kevinie”, to tytuł filmu, który mną wstrząsnął. Obejrzałam go kilka dni temu, a wciąż wracam do niego. Jeśli nie oglądaliście, to z pewnością słyszeliście: DOBRY FILM, REWELACYJNY. Uważam, że to co definiujemy jako dobre, tutaj niekoniecznie się sprawdza. Dla mnie film był WSTRZĄSAJĄCY. Wpis będzie dotyczył treści filmu. Osoby, które nie oglądały „Musimy porozmawiać o Kevinie” niech nie czytają. Natomiast kto widział, tego zapraszam do dyskusji. W trakcie oglądania filmu „Musimy porozmawiać o Kevinie” miałam chęć z kilkanaście razy wyłączyć telewizor. Nie zrobiłam tego, z powodu wysokiej oceny 7,4 na 10 na portalu filmweb, czyli mimo wszystko oglądałam dalej. Dla mnie ten film, to anty reklama macierzyństwa. Bardzo chcę zostać mamą natomiast ten film na tyle przeraża, że rodzi pytanie odwrotne czy na pewno chcesz zostać mamą? Dla mnie „Musimy porozmawiać…” jest między innymi o anty macierzyństwie. W filmie nie zobaczymy różowego macierzyństwa, nawet nie prawdziwego, tylko przerażającego. „Musimy porozmawiać o Kevinie” jest historią pewnej rodziny. Możemy zawęzić, że głównymi bohaterami są matka i syn. Na drugim planie mąż, a następnie, ich drugie dziecko – córeczka. Gdy poznajemy bohaterkę jest w trakcie robienia kariery, ciąża krzyżuje te plany. Na świat przychodzi synek. Z czasem matka Kevina podejrzenia, że syn nie rozwija się prawidłowo. Natomiast lekarz wykluczył tę tezę mówiąc, że wszystko jest w porządku. Sugeruje, że Kevin być może potrzebuje więcej czasu niż inne dzieci. Kilkuletni syn bohaterki nie mówił, wciąż chodził w pieluszkach i czynił różne złośliwości mamie. Był cudownym dzieckiem dla taty. Dokuczającym bratem dla siostry. Malwina Grochowska w swojej recenzji na filmwebie słusznie zauważa, że: „Wbrew sugestii w tytule, nigdy nie dochodzi do szczerej rozmowy o Kevinie. A matka pewnie do końca życia będzie dręczyła się tym, że nie potrafiła wystarczająco pokochać małego potwora.” Tak, więc nigdy nie doszło do rozmowy o dziecku, które patrząc z boku zachowywało się dość dziwnie, momentami przerażająco. Matka chłopca wielokrotnie chciała porozmawiać z mężem, ale zostawała zbywana „a daj spokój” etc. Takie normalnie zachowania, kiedy to nie chcemy, by ktoś wytrącił nas z dobrego nastroju, a my ulegamy, nie drążąc tematu. Tak bagatelizując sytuację doszło do tragedii. Relacja między matką, a Kevinem była daleka od relacji między matką a synem. Totalne zaprzeczenie powiedzenia: „synek mamusi”. Między nimi relacja była toksyczna. Kevin robił różne złośliwości mamie, ona starała się go mimo wszystko kochać. Mam wrażenie, że ani ona, a ni on nie czuli się dobrze w tej relacji. Choć momentami odgrywali sceny kochającego syna i mamy. Różne wypadki zdarzały się w rodzinie, między innymi z siostrą Kevina, a potem na zakończenie filmu… Wskazuje, że nikt w tej relacji nie powinien czuć się bezpiecznie… Najbardziej dotkliwie doświadczyła całej sytuacji matka, która każdego dnia próbowała sobie radzić z zaistniałą sytuacją. Dla mnie film przerażający… Jakie jest Wasze zdanie? Uważam, że ten film na pewno nie jest dla kobiet w ciąży! Wpisałabym go na „czarną listę” filmów dla przyszłych mam. Na zakończenie zwiastun: Uważam, że pod względem realizacji film został zrobiony bardzo profesjonalnie. Natomiast jego treść, przesłanie jest przerażające. Po moich wstrząsających relacjach film postanowiła obejrzeć moja mama. Zwróciła uwagę, że „Musimy porozmawiać o Kevinie”, to też jest o uczuciach matki do dziecka. Niezależnie od tego kim staje się dziecko, matka powinna je kochać. A zakończenie filmu wg mojej mamy mówi, że matka Kevina spróbuje go wychować na nowo, wg swoich zasad. Jeszcze znalazłam jedną ciekawą recenzję. Cytuję zakończenie: „Gdzie leży wina? Jednym z głównym tematów filmów jest więc trudne rodzicielstwo. Czy brak miłości ze strony rodzica, nawet dobrze maskowany, może zaowocować agresją dziecka? W jakim stopniu dziecko samo odpowiada za swoje czyny, a w jakim odpowiedzialność spada na rodziców? Czy syn może próbować zniszczyć swoją matkę? Film igra z ogólnie przyjętymi przekonaniami – że dzieci są z natury niewinne i dobre, i że matki kochają swoje dzieci. „Porozmawiajmy o Kevinie” pokazuje nam takich bohaterów, których rzadko widzi się na ekranach: dziecko-potwora i matkę, pozbawioną macierzyńskiego instynktu.” Fragment recenzji zamieszczonej na: Położna Kasia Z wykształcenia i pasji magister położnictwa. Certyfikowany Doradca Laktacyjny. Instruktor Masażu Shantala. Praktykę zawodową zdobywa pracując ze "świeżo upieczonymi" rodzicami i ich dziećmi na oddziale noworodkowym w jednym z warszawskich szpitali.
28 kwietnia 2022 Pełnometrażowy debiut Dénesa Nagya, „W świetle dnia”, to rozgrywająca się w czasie II wojny światowej opowieść o niekontrolowanym okrucieństwie i dramacie ludzi, którzy są jedynie małymi trybami w historii. Scenariusz filmu został oparty na fragmencie powieści węgierskiego pisarza Pála Závady. Poniżej możecie przeczytać rozmowę z reżyserem i scenarzystą o realizacji produkcji, za którą otrzymał Srebrnego Niedźwiedzia na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie i którą możecie aktualnie oglądać w polskich kinach. Co sprawiło, że postanowiłeś, po zrealizowaniu dwunastu miniatur i dokumentów, nakręcić film pełnometrażowy? Dénes Nagy: We wszystkich filmach staram się pracować z twarzami i pejzażami. Lub innymi słowy, z pejzażami widzianymi czyimiś oczami, pejzażami w relacji do twarzy. Realizacja filmu skupionego na pozornie nieruchomej twarzy wydawała mi się ciekawym doświadczeniem. Powiedziałbym, że to jest właśnie esencja filmu. Ta twarz, stale obecna na ekranie, wciąż trzymana jest na dystans, niemal bez ruchu, krucha i nieodgadniona. Fabuła oparta jest na powieści Pála Závady. Czy wprowadziłeś jakieś zmiany do jej ekranowej adaptacji? Jeśli tak, to jakie? Powieść ma sześćset stron i obejmuje dwadzieścia lat z życia głównego bohatera – od lat 30. do 50. XX wieku. Ja z tego okresu wybrałem tylko trzy dni z 1943 roku. Nie jest to więc adaptacja sensu stricto, ale duch filmu jest bardzo bliski książce. Semetka, główny bohater, jest bliski powieściowemu Semetce, niemniej 90% filmowych scen nie zostało zaczerpniętych z książki. W jakim stopniu ta historia odnosi się do współczesnego świata? I czy było to coś, co chciałeś przedstawić na ekranie? Uważam, że sens ma wyłącznie kręcenie filmów odnoszących się do współczesności. W tym filmie nie chodzi o przypominanie starej historii. W swej esencji ta historia dzieje się na nowo wszędzie, w każdym miejscu. To prowadzi nas do problemu z klarownym postrzeganiem, uświadamia fundamentalną porażkę w próbach ciągłego usprawiedliwiania samych siebie. Pytanie jest skierowane do nas, do mnie. Wierzymy, że wiemy, co jest dobre, a co złe, kto jest przegranym, a kto zwycięzcą. Myślimy, że właściwie oceniamy rzeczy dookoła nas, że wiemy, co jest naszym życiowym zadaniem. Film miał poddać w wątpliwość obraz nas samych, ukazać, jak bardzo jest on kruchy. Chcę pokazać, że tym, co w istocie łączy ludzi, jest owa kruchość, nie zaś świadomość. W tym sensie kruchość nas łączy, a świadomość dzieli. Czy to celowy zabieg, że wiemy tak niewiele o wszystkich bohaterach i ich osobistych historiach, wliczając Semetkę? Z premedytacją chciałeś ukazać wojnę w jej najbardziej ekstremalnej formie, bez uciekania się do psychologii i socjologii, które pozwoliłyby nam poznać lepiej uczestników tego tragicznego epizodu? Chciałem, aby w filmie można było obserwować człowieka w danym momencie, z tak bliska jak to możliwe, śledząc, jak myśli, jak ciągle przetwarza to, co dzieje się dookoła niego, a czego do końca nie rozumie. Semetka czuje, że wojna nie jest dla niego, że to nie jego wojna. Ma złe przeczucia, ale nie wie, co powinien zrobić w tej sytuacji. Wie tylko, że chciałby być jak najszybciej z powrotem w domu, i wierzy, że przetrwa ten niewygodny czas i będzie żył znowu jako rolnik. Chciałem zaproponować nietypowy obraz człowieka. Nie interesuje mnie, co robił wcześniej, co przeżył, jakich doświadczył traum, jakie grzechy popełnił itd. Chcę pokazać życiową postawę pełną wahania poprzez bycie z tym człowiekiem tu i teraz, patrzenie poprzez jego oczy. Człowiekiem, który widzi, ale nie rozumie. Który jest na skraju zrozumienia, ale cały czas pozostaje jeden krok z tyłu. Czy to oznacza, że tylko wojna i okupacja zmuszają bohatera takiego jak Semetka do konfrontacji ze skrajnością? Poniekąd tak, to też powód, dla którego historia rozgrywa się podczas II wojny światowej. To skrajny przykład doprowadzenia do takiej konfrontacji. W pewnym sensie nawet teraz, dookoła nas, toczy się ciągła wojna, ale dopóki nikt nie zostaje zabity, nie zwracamy na nią uwagi*. Wojna pomiędzy różnymi światopoglądami, pomysłami na rozwój ekonomii, na to, jak uczynić świat bezpieczniejszym, walka o uznanie i surowce itd. A my chcemy myśleć, że stoimy po właściwej stronie, że jesteśmy wśród najmądrzejszych, wiedzących co jest dobre dla innych. Wyobrażamy sobie nas samych na szczycie góry, z której widać dolinę i wszystko pod nami. Ukazując ludzi, którzy trafiają w nieznane, którzy nie wiedzą, co ich czeka w miejscu, w sytuacji, która nie jest jasno sprecyzowana i nazwana, przedstawiam portret życia przypominającego stan dezorientacji w półmroku. To jak znalezienie się w jaskini, w której chodzenie po omacku nie jest wcale wyjściem i gdzie nie można zachować się mądrze i rozsądnie. Dlaczego twoim zdaniem w Semetce nie ma potrzeby buntu przeciw hierarchii? I dlaczego od momentu przybycia do wioski ma życzliwy stosunek do mieszkańców, chociaż poinstruowano go, aby im nie ufał? To tylko po części prawda. Semetka wydaje się ludzki wobec wieśniaków, ale rzecz jasna je ich jedzenie. Nie krzywdzi flisaków, ale zabiera ich zwierzynę. Nie obraża dziewczyny, ale przyjmuje hojny podarek od jej rodziny w postaci miski jagód. Nie sprawdza drwali, ale wie, że mogą być groźni. Myślę, że Semetka jest ciekawy, bo znajduje się pomiędzy dwoma światami, jest w nim jakaś dziwna dwuznaczność. Nie jest bohaterem. Jest człowiekiem, który nie zamierza nikogo skrzywdzić, stara się unikać przemocy, ale to dlatego, że po prostu nie chce narobić sobie problemów. Możemy powiedzieć, że jest dobry. Ale jest też słaby. Czy człowiek może być dobry i słaby jednocześnie? Dlaczego obsadziłeś w filmie nieprofesjonalnych aktorów? Czy po to, aby nadać mu autentyczności i naturalności w sytuacjach, w których zagłębiasz się w bohaterów? Przez dwa lata szukałem aktorów do tego filmu. Szukałem wyłącznie aktorów amatorów, chłopskich twarzy, które ukazywałyby coś archaicznego, niewinność w gestach, nieświadomość w spojrzeniu, o skórze noszącej znamię upływu czasu. Mogą oni przedstawić całą opowieść za pomocą tego, w jaki sposób palą papierosa, kroją chleb, jedzą, siedzą cicho. Szukałem głównie na krowich i świńskich farmach na węgierskiej wsi, rozglądałem się za mężczyznami między 30. a 40. rokiem życia, którzy mieli zagrać żołnierzy węgierskiej armii. Szczególnym doświadczeniem było stopniowe poznawanie tych ludzi, ich rodzin i myśli, w toku kolejnych wizyt, mających zaskarbić sobie ich zaufanie. Ostatecznie wzięliśmy ze sobą 25 rolników tysiące kilometrów od ich domów – do wschodniej Łotwy, bo tam kręciliśmy zdjęcia. Poniekąd to samo stało się z chłopami, których wcielono do armii w czasie wojny i wysłano na front wschodni. Wzięliśmy 25 rolników, daliśmy im broń, ubraliśmy w mundury i zabraliśmy do miejsca, w którym mówi się nieznanym im językiem. Mieli przejść wojskowe szkolenie, stać się oddziałem w czasie długich marszów z bardzo ciężkim sprzętem, a potem spotkać nieznanych im rosyjskich wieśniaków (mężczyzn, kobiety i dzieci, w które także wcielili się miejscowi łotewscy i rosyjscy chłopi) – w pewnym sensie takich samych ludzi jak oni sami. Praca z tymi ludźmi była kluczem do filmu. Wnieśli na ekran swoje osobowości. Nie musieli stawać się aktorami, po prostu mieli być sobą. I film ostatecznie dostosował się do ich postaci. W filmie stale obecne są cztery żywioły – woda, ziemia, ogień, powietrze – ukazane w surowej, niebezpiecznej i tragicznej kombinacji. Czy dodaje to opowieści symbolizmu czy przeciwnie – miało to osadzić ją w najbrutalniejszym realizmie, jak najbliżej rzeczywistości? Natura odgrywa ważną rolę w filmie. Jest zawsze blisko, stale obecna, ale najciekawsze jest to, że nie jest nigdy przyjazna, łagodna ani oswojona. Jest w zasadzie obojętna. Potężna, ale pozbawiona sentymentów. Pozostaje wiecznym outsiderem, obserwatorem ludzkich działań. Nie zamierza wpływać na nich, a jednak robi to. Staje się punktem odniesienia, według którego ludzkie życie jawi się jako odległe i ulotne. Wśród wymienionych żywiołów zabrakło jednego, który ma dla mnie znaczenie, a który pojawia się na początku filmu, w scenie, w której żołnierze kroją łosia. To ciało. W codziennym życiu jesteśmy zazwyczaj chronieni przed czterema żywiołami. Siedzimy w samochodzie, kiedy jest zimno i wietrznie, używamy parasoli przeciw deszczowi, nakładamy okulary i krem z filtrem, gdy świeci słońce itd. Ciało jest tymczasem ostatnią pozostałością surowości w dzisiejszym świecie. Dotyk surowego mięsa podczas gotowania jest jedyną okazją do zetknięcia z nieokiełznaną, obojętną naturą, z rzeczywistością. Zdjęcia są olśniewające. W niemal nieruchomych pejzażach, w zbliżeniach i portretach w naturalnym świetle, w powolnych ruchach kamery, ale także – bardziej incydentalnie – poprzez zdjęcia, które Semetka ma robić małym aparatem, twoje podejście do kinematografii bardzo zbliża się do fotografii. Czy to celowe? Fotograficzne podejście do filmu jest w dużej mierze związane z twarzami i ich obserwacją. Uważna obserwacja twarzy przypomina studium fotografii. Z operatorem Tamásem Dobosem uznaliśmy, że definiują one film. Tamás odegrał też istotną rolę podczas castingu. Poza tym, że obrazy w filmie mają pobudzać silne nastroje, byliśmy pewni, że mogą działać tylko w oparciu o prawdziwe, autentyczne twarze. Z drugiej strony to fotograficzne podejście daje jeszcze jeden efekt, a mianowicie poczucie, że to, co widzimy – twarz czy pejzaż – nie może w pełni odsłonić się przed nami. Pewna część tożsamości zawsze pozostanie skryta w cieniu. Z tego bierze się poczucie niemożności integracji, tylko częściowego rozumienia tragedii. Obrazy są stale wzbogacane przez ledwo słyszalne, ale bardzo precyzyjne odgłosy tła – w dzikiej naturze, w wiosce, wewnątrz domów, pomiędzy mężczyznami… Jakby zmysły w stanie ciągłego czuwania były częścią całej opowieści. Od początku było dla mnie jasne, że z powodu nielicznych dialogów, wiele w filmie będzie zależało od dźwięków. Brak dialogu daje wielką możliwość opowiadania dźwiękiem, zwłaszcza w połączeniu z faktem, że tak wiele widzimy oczami głównego bohatera. Generalnie patrzymy na milczącą twarz i jedynie wyobrażamy sobie, co naprawdę dzieje się dookoła, na podstawie odgłosów. Przykładowo, kiedy żołnierze wchodzą do wioski, na ekranie widzimy niewiele akcji w rodzaju kopania w drzwi czy grupowania ludzi na ulicy. Słyszymy za to okrzyki żołnierzy i wieśniaków, odgłosy upadających obiektów itd. Inną typową sceną jest ta, w której wieśniacy zostają zapędzeni do stodoły. Słychać dźwięki świadczące o brutalnym przesłuchaniu na zewnątrz. W stodole widać nieme twarze, a na zewnątrz jeden z chłopów wrzeszczy poddawany torturom. Są też jednak ukryte odgłosy natury i zwierząt. Śpiew ptaków w oddali, nerwowe rżenie koni, szum drzew na wietrze, deszcz uderzający o szybę w oknie, dźwięk napinającej się liny, kiedy tratwa płynie po rzece czy ledwo słyszalny szept pomiędzy matką a jej dzieckiem. Dźwiękowiec Jocelyn Robert i odpowiedzialny za miks Dominique Gaborieau byli w stanie stworzyć akustyczną przestrzeń wokół głównego bohatera, fikcyjną przestrzeń pełną odgłosów oddających ciągłe napięcie, zagrożenie wiszące w powietrzu. Można odnieść wrażenie, że film kończy się dokładnie w miejscu, w którym mógłby zacząć go inny reżyser – pytaniem o to, jak można żyć z poczuciem wstydu i winy. Czy można czuć się zupełnie oczyszczonym z odpowiedzialności za tragiczne wydarzenie, do którego można było nie dopuścić? Jak żyć dalej, jeśli powodowało się śmierć lub odmawiało się potępienia zła? Chciałeś pozostawić otwartymi pytania, które siłą rzeczy mogą pojawić się po obejrzeniu? Wstyd to bardzo ludzkie uczucie. Oznacza, że akceptujemy swoją kruchość. Semetka jest jednak nieobecny, jest w szoku. Nie zgłasza nikomu incydentu, nie mówi o nim. Wierzy, że nie miał innego wyboru, ale też, że może decydować i interpretować wydarzenia, nawet jeśli jest już dla niego za późno. Bardzo ciekawił mnie ten moment, nie chciałem zamykać jego opowieści. Powieść rzecz jasna nie kończy się w tym miejscu – podejmuje temat wstydu i radzenia sobie z przeszłością. W powieści Semetka popełnia samobójstwo kilka lat po zakończeniu wojny. Nie może przywrócić swojego życia na właściwe tory. W filmie chciałem przyjrzeć się człowiekowi, który nie jest w pełni świadomy wyborów, jakie musi podjąć. Co sprawiło, że wziął udział w zabijaniu? To jest dla mnie ciekawe. Ale nie ma definitywnej odpowiedzi. Chciałem pokazać człowieka, który się spóźnił. Zrozumiał coś, gdy było już na to za późno. Każdy z nas może znaleźć się w podobnej sytuacji. Możemy stać się bardzo ulegli, kiedy stajemy w konfrontacji z nieznanym. Jakie filmy lub reżyserzy byli inspiracją dla „W świetle dnia”? Wspomnę o trzech filmach, które bardzo mnie inspirowały. Wymieniałem już je jako pewne punkty odniesienia w sposobie portretowania bohaterów i przedstawiania relacji między nimi a ich środowiskiem. Pierwszym filmem jest „Andriej Rublow” Andrieja Tarkowskiego, który obejrzałem wielokrotnie podczas pracy nad „W świetle dnia”. Dwa pozostałe to „Flandria” Bruno Dumonta i „Trzy dni” Sharunasa Bartasa. _ Przypisy: * wywiad przeprowadzono przed napaścią Rosji na Ukrainę. tłumaczenie: Sebastian Rerak fot. i źródło: materiały prasowe Tematy: Aurora Films, featured, filmy, full-image, II wojna światowa, proza światowa, W świetle dnia Kategoria: wywiady
Specjaliści z różnych gałęzi filmoterapii z całej Polski spotkali się, żeby zaprezentować swoje doświadczenia na pierwszej, zorganizowanej w Łodzi konferencji "Filmoterapia w obliczu patologii i profilaktyki zachowań". Filmoterapia to część szeroko rozumianej arteterapii - czyli terapii sztuką. Pierwsze badania na temat terapeutycznych walorów filmu prowadzono już w połowie XX wieku, ale rozwój filmoterapii był możliwy wraz z rozwojem nośników do powielania filmów. Również medycyna zwraca uwagę na właściwości materiału filmowego jako naturalnego leku. Według specjalistów dobrze dobrany film może powodować wzrost ciśnienia krwi, podwyższone napięcie mięśni, przyspieszenie bicia serca, redukcję bólu; może też działać antydepresyjnie. Współautorka projektu "Kinoterapia" Lucyna Zembowicz przyznała w rozmowie z PAP, że film jest świetnym narzędziem do edukacji dzieci, choć - jej zdaniem - repertuar polskich kin jest niestety ograniczony do kina sensacyjnego i przygodowego. Ale poza wielkimi hitami amerykańskich wytwórni są też filmy kręcone z myślą o dzieciach i przez dzieci zagrane. Psycholog i arteterapeutka Anna Jędryczka-Hamera uważa, że jeśli ktoś ma problem rozwojowy, małżeński, problem seksualny, czy związany z obciążeniem chorobą, można mu zaproponować obejrzeniu filmu, a potem koniecznie trzeba o nim porozmawiać. - Ta rozmowa o filmie jest najważniejsza - podkreśliła w rozmowie z PAP Jędryczka-Hamera. Przyznała, że filmem, który zalecała do wspólnego oglądania rodzicom i dzieciom, a następnie do rozmowy o nim, była "Sala samobójców". Natomiast Marcin Kondraciuk z gliwickiego klubu filmowego "Wrota" do integracji osób wykluczonych niepełnosprawnością wykorzystuje pracę przy wspólnej produkcji filmowej. Niepełnosprawni stają się dźwiękowcami, operatorami kamery, reżyserami, starają się opracować film od strony merytorycznej, technicznej i montażowej. - Angażujemy ich w cały proces produkcji filmowej po to, żeby efekt finalny była jak najbardziej ich. My stajemy z boku i wspieramy ich wiedzą i doświadczeniem" - powiedział Kondraciuk. Jego zdaniem praca nad filmem wspomaga komunikację osób niepełnosprawnych ze społeczeństwem. Organizatorem konferencji, która odbyła się w łódzkim magistracie, był Se-ma-for Muzeum Animacji.
Oops! That page can’t be found. You might ensure the URL is spelled correctly, or if you followed a link here, please let us know. Please try a search to reach your desired destination. Search for:
dlaczego po obejrzeniu filmu warto o nim rozmawiać z innymi